Archive for Październik 2010

Niemieckie smakowitości czyli prywatny przewodnik kulinarny Grzesia:)

Październik 29, 2010

Zacznijmy może od czegoś słodkiego, znają Państwo?
Pewnie ChiliBite czy nasz karczmarz Merlot tak, dla tych co nie znają, krótkie info, rzecz pochodzi ze Szwarcwaldu, jest wiśniowo-alkoholowowo-śmietanowa i posypana czekoladą.Połączenie wiśni z alkoholem-super rzecz. Jadłem też wersję w szklance, z lodami, w restauracji w górach, w malowniczym miejscu, z którego widok na Szwarcwald wieczorny się rozciągał, to co na zdjęciach, spożywane zaś było w knajpce, która jest na drodze na Schlossberg we Freiburgu.

Freiburg i okolice poza takimi słodkościami słyną z precli (Brezel po niemiecku), w środku posmarowane masełkiem, posolone, świetna rzecz na śniadanie, polskie precle przynajmniej te, które jadłem, nie umywają się do tego, co na obrazku:)

Ale czy nie sądzą szanowni czytelnicy, że coś za grzecznie w tych Niemczech było?
Więc zaprezentuję teraz połączenie sacrum i profanum, profanum znalezione na schodach teatru w Wiesbaden, ze studiów przypomina mi się, że po jedynym razie w teatrze (w ciągu pięciu lat) wypiłem z dwiema znajomymi dwie butelki podobnego płynu, który śmierdział jak płyn do mycia naczyń (lub wszolex jakiś, wg innej znajomej:))

Pod względem napojów Niemcy jednak mają więcej do zaoferowania niż tanie wino (swoją drogą nigdzie ni piłem tyle dobrego wina, co w sierpniu u rodzinki mnie goszczącej):

A pierwsze piwo wypite w Emmendingen wyglądało tak, spodobało mi się, że ono w takim kuflu jest i postanowiłem je zamówić, dobre było, acz wtedy cierpiałem na masakryczny ból głowy, na który nie pomogło to piwo, później jeszcze musiałem się integrować z współkursantami z Polski oraz z Niemką zajmującą się tym programem stypendialnym:

Zanim dojechałem do Freiburga&Emmendingen, byłem też w Wiesbaden, gdzie poza zwiedzaniem i poznawaniem miasta, człek zajmował się też konsumpcją.
Rzeczy różnych:)
Przedmioty konsumpcji wyglądały tak np.:

A teraz zapraszam Państwa zobaczyć jak wyglądał mój pierwszy raz…
Posługiwanie się pałeczką nie było łatwe…:)

Ale panie, ruja i porubstwo jakieś tu, multi kulti, pierwszy raz, pałeczki i inne brewerie, wracamy do bardziej tradycyjnych doznań acz zmysłowo dalej będą, nieskromnie mówiąc, to co zobaczycie,to moje dzieło, smakowało jeszcze lepiej niż wygląda, wyrychtowałem to w dniu 29 lipca, wtajemniczeni wiedzą z jakiej okazji:)

Orgii kolorów, smaków i zapachów ciąg dalszy za chwilę (acz to już nie moje dzieło), nie ma to jak niedzielne niemieckie śniadanie w miłym towarzystwie (pozdrówka dla J.)

A na koniec (jest już po 22?) mój prywatny comig out:), kocham Tarasa, taras znaczy się, zazdroszczę tym, którzy takie ustrojstwo mają.Mój prywatny stan szczęścia to siąść wieczorem na tarasie, z martini jakimś w jednym ręku (na zdjęciu jednak nie martini), w drugim dzierżąc papieros (wiem, wiem, nie palę przecież tak naprawdę, ale szczęście to ideał:),powdychać zapach traw lub bazylii lub lawendy, obaczyć pałętająceg się kota, który ociera się o nogi, poczuć grzbiet piesa,posłuchać muzyczki, poczytać książkę, poczuć powiew wiatru, takie tam jednym słowem:)

Voila:

A na koniec morał, jak sposób trzymania papierosa zmienia postrzeganie:) albo od intelektualisty do żula:), to taki skrót mojej drogi życiowej, he, he…

To tyle na dziś, niedługo będzie już po bożemu, znaczy o zabytkach, miastach, krainach różnych, budowlach potężnych itd
Jeśli mi się będzie chciało,acz to może być wątpliwe w sumie.

Reklamy

Spóźnione i na pewno wtórne rozważania ponoblowe czyli w skrócie rzecz ujmując LLosa rulez:)

Październik 27, 2010

Wszyscy już napisali więc spokojnie, nieprofesjonalnie, krótko i osobiście odniosę się ja.
Nie będę się mądrzył niczym salonowe prawaki, bo co tu pisać długo i zgrywać się na znawce i na poprzednie decyzje komisji noblowskiej psioczyć (ci, co na nie psioczą chyba Grassa czy Cotzeego nie czytali)

Inna sprawa, że w końcu czuję, że to mój nobel:), znaczy ucieszyłem się prawdziwie jak się dowiedziałżem, że Mario Vargas Llosa dostał Nobla.

Raz, bo frustrujące było to że wiecznym kandydatem był.Dwa że pisać umie jak mało kto.
Trzy, że go uwielbiam i czytałem dużo.
Zaczęło się dawno temu (pewnie jak wszystkie moje ważne inicjacje książkowe w liceum) od „Gawędziarza”, taka mniej znana książka Llosy, dla mnie ważna, bo temat mi bliski, motywy indiańskie znaczy się., Książęczka krótka, klimatyczna (inna niż większośc powieści Llosy, taka bardziej magiczna)
Później były m. in. „Ciotka Julia i skryba”, „Zielony dom”, „Kto zabił Palomina Molero”.
Prawdziwym odkryciem stała się „Wojna końca świata”, która mnie zachwyciła, poraziła, zauroczyła. Monumentalna, brutalna, jedna z lepszych rzeczy z całej literatury iberoamerykańskiej (acz LLosa to jedyny w swoim rodzaju jest i z tzw. realizmem magicznym to on wiele wspólnego nie miał nigdy) i w ogóle z rzeczy, które czytałem.
Na półce w pokoju stoi też „Miasto i psy”, debiutancka powieść noblisty. Nie jest ona, skromnym moim zdaniem, wielka, ale znać wypada.
(Swoją drogą sąsiaduje ona mi na półce ze „Sto lat samotności” Marqueza, relacje Marquez-LLosa to też temat na długi i ciekawy tekst, ale ja się na niczym nie znam więc go nie napiszę)

Ale wracajmy do tego, ci jeszcze warto. Chyba (obok „Wojny…” najwybitniejsza rzecz Llosy czyli „Święto kozła”, studium władzy, tyranii, polityki.
Dwa tematy Llosy to polityka i erotyka, ta druga jest składnikiem „Szelmostw niegrzecznej dziewczynki”, czytanych przeze mnie całkiem niedawno, zresztą nowa to rzecz w miarę.

Nie jakaś wybitna, ale czyta się świetnie i warto na pewno.Zresztą w Llosie to jest najlepsze, że wszystkie jego ksiązki praktycznie są wciągające, mimo nieraz skomplikowanej formy i istotnej tematyki są to rzeczy „dla ludzi”, nie jakieś hermetyczne.

Warto więc poznawać lub odświeżać sobie, (pożyczyłem właśnie „Święto kozła”, planuję jeszcze raz „Miasto i psy” przeczytać, w ogóle planuję wgryźć się ponownie w literaturę iberoamerykańską.

P.S. mam nadzieję, że niedługo będzie tu i o filmach (Lasse Hallstrom), o Niemczech (duuuuużo zdjęć) i w ogóle o kulturze, życiu i niczym.Jesień blogami się zaczyna…:)

Drobiażdżek osobisto-zawodowy:)

Październik 24, 2010

Byłem dziś w pracy (eh, bezbożnik ze mnie i materialista, w niedzielę pracować). Pierwszy raz zajęcia (lektorat) miałem na nowej uczelni.
I wkurwiam się, wkurwiam się, bo to lubię.
Znaczy wiem, że lubię, dobry jestem, w NKJO też uwielbiałem pracę swoją.

Tyle że wkurza mnie, że nie będę pracował raczej na uczelni na stałe, na germanistyce np., bo olałem doktorat.

Ostatnio wyczytałem w „Newsweeku” chyba, że w USA jest tak, że można pracować na uczelni jako wykładowca, niekoniecznie zajmując się pracą naukową (doktorat, habilitacja, konferencje nudne,m artykuły o niczym itd)
Czemu u nas tak nie ma?

Że zapytam.

No cóż, jutro trza iść na 7.10 do normalnej szkoły, by zarabiać.
Co już tak mnie nie kręci…

Nocny drobiażdżek

Październik 22, 2010

Od lat chodzi za mną ten utwór, długi czas nie wiedziałem zupełnie, kto to śpiewa i w ogóle skund on się wziął.
Dziś w Trójce w muzycznej Poczcie UKF była wersja Marillion, ja oczywiście uwielbiam oryginał:

Hipnotyczny strasznie, uwielbiam utwory, których da się słuchac bez końca, ten do nich należy.

Mogę podrzucić jeszcze dwa acz zupełnie innej półki,których da się słuchac bez końca?

Albo trzy:)

A zespół Dagadana Państwo znają? Wczoraj na koncercie ich widziałem, znaczy przed 2TM 2,3 grali w Sandomierzu:

Bardzo ciekawy zespół, muzycznie ślicznie grają acz momentami dziwnie.

Tymoteusz mi jakoś nie pasuje do koncepcji, ale taki utwór Budzego czemu nie?

A może każdy wrzuci coś, co go hipnotyzuje?
Wciąga?
Co się da słuchać w kółko i ciągle?

Czekam:)

Jesienny rozkład jazdy

Październik 3, 2010

1.Blogowo

Powinno być o książkach w końcu, o książkach pisać jednak nie umiem, acz z chęcią napisałbym o prozie np. Fannie Flagg, Annie Proulx czy Iris Murdoch.
Filmowo to czeka na swoją kolej ulubiony Lasse Hallstrom, ale najpierw trza obejrzeć filmy (a oglądanie filmów mnie chwilowo nie kręci, nic mnie chwilowo nie kręci)

Poza tym przewodnik po Niemczech też się napisać nie chce, zdjęcia trza przejrzeć wybrać i po prostu kilka części przewodnika jesienną porą wyrychtować.Ale kiedy na to wena przyjdzie?

Muzycznie było ślicznie zawsze u mnie, ale jako że ileż można powtarzać zgrane tematy, youtubkowych notek nie przewiduję.

Z zaległych spraw marzy mi się cykl o kinie niemieckim dokończyć, zabawne, że nie pamiętam jakie filmy dwa na TXT opisałem, jeden na pewno to „Lola rennt”. A już pamiętam, drugi to „Am Ende kommen Touristen” (a na końcu przyjdą turyści), zostało więc jeszcze trochę, „Aleja słoneczna” choćby, „Renn wenn du kannst”, „Vincent will Meer”

Z bardziej zaległych i nigdy nie rozpoczętych to cykl o największych a raczej ulubionych filmach grozy wszechczasów grzesiowych, przewodnik po świecie grozy, cykl o westernach najlepszych i najulubieńszych, historia prawackiej blogosfery na wesoło:)

Ochoty brak jednak,m znaczy wziąć się nie mogę za to, zaś na nowe tematy weny ni ma.

2. Czytelniczo i filmowo:

Iris czeka, Annie Prulx czeka, King kiedyś poznany czeka, Jagielski Wojciech czeka („Modlitwę o deszcz” przeczytałem), „Gottland” trza mi przeczytać Szczygła.
Poza tym przydałoby sie po niemiecku poczytać te wszystkie różne rzeczy dziwne, co je mam i na półkach leżą już za długo:)

A poza tym przecież wieczne zaległości i braki (lub odświeżyć trza, to co znam) w klasyce światowej i polskiej: Iwaszkiewicz, Dostojewski, Cervantes, Mann, Balzac, Faulkner.
No i cała SF, fantasy, pełno opowiadań grozy i powieści, których nie znam.

Filmowo- też dużo, ale pisać o tym mnie się nie chce:) Ale 7 seria „DH” się już rozpoczęła, jutro będę miał drugi odcinek:)

3. Zawodowo

Praca w NKJO się skończyła, smutne, po 4 latach, gdy człowiek z firmą się zżył i ciągle fun z tego miał (bo przecież nie kasę jakąś) okazało się,że mowa braci Germanów to w prowincjonalnym miasteczku na Podkarpaciu nie jest wymarzony przedmiot studiów. Niby oczywiste, niby cały rok poprzedni, mając tam ze 4 godziny na tydzień, wiedziałem, że tak się skończy, ale jednak żal.
Językowych szkół chwilowo brak, korepetycji brak, no ale cóż, praca jest, że w technikum, gdzie dojcza nikt się nie chce uczyć i gdzie mnie wszystko wkurwia, łącznie z wysokością wypłaty (inna sprawa, że mam cudowne zdolności wydawania każdej chyba kwoty w ciągu kilku dni)
Tłumaczenia, trza mi się w końcu za nie wziąć, ale co ja zrobię, że ciągle jestem za cienki, poza tym brak mi motywacji do czegokolwiek. No i nawet na darmową unijną podyplomówkę źli ludzie mnie nie chcieli…
Chamstwo…

4. Rozwojowo
Inglisz i w końcu ten certyfikat se zrobić, uczyć się regularnie i dużo.
A w dalszej perspektywie (2011) przekwalifikować się, znaczy szkołę olać i znaleźć cuś innego, wyjechać gdzieś (Dojczland? jakieś większe miasto?)

5. Osobiście.
Nic się nie zmienia. (Niestety/stety)

6.Psychicznie i fizycznie.
Rozpadam się momentami, momentami rezygnacja totalna acz nie wkurwiająca, takie pogodzenie się z tym, że jest jak jest.

Koncert piosenek Osieckiej w Trójce więc dwie rzeczy genialne jej autorstwa ode mnie dla ulubionych czytelników: